Prawa pacjenta na wózku: gdy teoria rozjeżdża się z rzeczywistością

Przychodzi pacjent na wózku do lekarza. Na wejściu pewny i świadomy swoich praw, po wyjściu z poczuciem, że ktoś go tych praw pozbawił. I ma absolutną rację. Na poziomie dostępności, przestrzegania przepisów i czysto ludzkiego podejścia personelu medycznego, teoria nie ma swojego praktycznego odbicia w rzeczywistości.

Personel do naszych usług

Lekarz, pielęgniarka, położna, dentysta, lekarz specjalista – wybór ich wszystkich to prywatna i swobodna decyzja pacjenta. Trudno jednak mówić o pełnej swobodzie, gdy jako kryterium wyboru musimy uwzględnić poziom dostosowania placówek do potrzeb osób poruszających się na wózku.

  • Kobieta w ciąży, która musi przesiąść się z wózka na fotel ginekologiczny.
  • Mężczyzna na wózku w poczekalni stomatologicznej.
  • Pacjent z niepełnosprawnością, który za chwilę zostanie poproszony o to, by przesiadł się na kozetkę.

Co łączy te trzy osoby? W sytuacji, gdy gabinety nie będą dostosowane do potrzeb osób poruszających się na wózku, z tym zadaniem poradzą sobie tylko najsprawniejsi z niepełnosprawnych. Reszta ominie takie placówki. Albo będzie zmuszona skorzystać z pomocy.

No cóż, bywa.

Widać mnie? Nie widać!

Pomocy, poza personelem medycznym, udzielają pacjentowi na wózku również towarzyszące mu osoby trzecie. I tu dzieje się magia, której nie powstydziłby się sam David Copperfield. Pacjent znika. A precyzyjniej mówiąc, jest ignorowany przez lekarza.

– Co Pana/Panią do mnie sprowadza? – pyta lekarz, jednocześnie kierując wzrok w stronę krewnego chorego.

– Czy regularnie przyjmuje Pan/Pani zlecone na ostatniej wizycie leki? Reakcje alergiczne? Data ostatniej miesiączki? Czy pojawiły się problemy w funkcjonowaniu układu pokarmowego? – żadne z tych pytań nie trafia bezpośrednio do osoby na wózku.

Będąc w takiej sytuacji, chciałoby się w końcu krzyknąć: „Panie, do jasnej cholery, to ja tu jestem pacjentem!”

Kurier zamiast pacjenta

Ten sam krewny, który przed momentem był razem z pacjentem w gabinecie, nierzadko odbiera w jego imieniu wyniki badań, realizuje recepty i rejestruje w placówkach medycznych. To jedyne dostępne pacjentowi rozwiązanie, gdy nie ma on możliwości osobistego pojawienia się w gabinecie i aptece.

Tu naturalnie pojawia się pytanie. Czy o wszystkich szczegółach prowadzonego leczenia krewny powinien wiedzieć? Nie. Dokumentacja medyczna powinna być odpowiednio zabezpieczona, a leki wydawane w takie formie, by w miarę możliwości zanonimizować ich typ i nazwy. Tylko i aż tyle.

W końcu ustawa o prawach pacjenta mówi jasno – ma on prawo do tajemnicy informacji, ochrony danych i dokumentacji. Nikt jednak nie dopisał, że tylko wtedy, gdy w aptece i gabinecie pojawi się osobiście.

Godność! Intymność! Empatia!

Sala wypełniona pacjentkami. Do jednej z nich przychodzi personel medyczny w celu zmiany opatrunku. Pielęgniarka zamyka przestrzeń wokół łóżka parawanem, a chora słyszy słowa: „zasuniemy parawan, żeby nikt na kamerach nie widział i się nie przyczepił”.

Nie dla zapewnienia intymności. Dla zachowania przepisów oddziału.

Kolejny pobyt w szpitalu. Sala ze 100% obłożeniem, zbyt mała, by zmieścić wózek inwalidzki pacjentki. Kobieta przez kilkanaście dni swojego szpitalnego pobytu spędza na łóżku. I tam również ma wykonywane wszystkie zabiegi pielęgnacyjne. Gdyby tylko sala była przystosowana do pacjentów na wózkach, mogłaby to wszystko wykonać w godnych i intymnych warunkach szpitalnej łazienki.

Do sali, gdzie pielęgnacją pacjentki zajmuje się personel medyczny, wchodzi lekarz. Bez pukania, z krzykiem i pretensjami – szuka pielęgniarek. Swoje frustracje na personel wylewa, stojąc nad pacjentką w trakcie jej wieczornej toalety.

Te trzy sceny, to sytuacje, których doświadczyła w ciągu kilku lat jedna osoba – stały bywalec oddziałów szpitalnych. Ktoś mógłby powiedzieć: „Ma pecha do służby zdrowia. Zdarza się”. A co jeśli to nie pech, a codzienna szpitalna „normalność”?

Wszystkie opisane wyżej sytuacje nie są przypadkiem. Są stałym elementem codzienności pacjentów, którzy milczą w obawie przed kolejnym upokorzeniem. W poczuciu stania na straconej pozycji, gdy ich prawa przegrywają z wadliwym systemem usług zdrowotnych.


Ten tekst doczekał się kontynuacji. Na LinkedIn zebrałam pytania o to, co musiałoby się zmienić, by prawa pacjenta na wózku nie były fikcją.
Pytania o nasze prawa, które nadal boimy się zadać? – zapraszam do lektury i dyskusji.

Kategorie: ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *